2011-03-16
15:14:17
byłam na spotkaniu z Justyną Bargielską w księgarni Bookarest. powiedziała, że dobrze jest mieć o czym pisać, ale żeby mieć o czym pisać, trzeba coś przeżyć, a ona już sama nie jest pewna, czy chciałaby jeszcze przeżywać rzeczy, o których mogłaby pisać.
nie mam tego dylematu.
łapię się czegokolwiek [slash kogokolwiek], żeby mieć rano powód do startu. opadły mi skrzydła. a bardzo chcę, żeby mi się chciało. więc nawet jeśli się boję nowości i wielkich rewolucji [do one thing every day that scares you], to niech się coś do cholery wydarzy, bo bez motyli w brzuchu, to nie życie, a wegetacja.
no i nie mam o czym pisać... więc opowiem Wam, jak Embi pojechał na wycieczkę.
chociaż może nie sama wycieczka tu jest ważna, ile okoliczności towarzyszące. po pierwsze i najbardziej wkurwiające: zostawił swój samochód żonie kumpla z którym jechał. samochód, który - jak powszechnie wiadomo - jest przedłużeniem penisa! samochód, za którego kierownicę nie zostałam wpuszczona NIGDY! żonie kumpla! normalnie nie życzę nikomu źle, ale w tym przypadku mam nadzieję, że bachory żony kumpla obrzygają ten samochód doszczętnie oraz, że żona kumpla porysuje go w modne, duże, tropikalne wzory wożąc się nim po mieście. i nie, nie interesuje mnie, że żona kumpla mieszka z dwoma bachorami na wiosce bez samochodu. nikt jej nie kazał rodzić i nikt jej się nie kazał wyprowadzać na zadupie. a to, że trzy lata temu obśmiała zakup mojego małego autka twierdząc, że ona sobie kupi duże i porządne mogę najwyżej przemilczeć. wzdech.
drugi przyczynek do wkurwienia jest bardzo ciekawy psychologicznie. kiedyś mianowicie nie lubiłam bardzo jak Embi wyjeżdżał. bałam się, że coś mu się stanie, a jak coś mu się stanie, pęknie mi serce, bo nie mogę bez niego żyć i takie tam sentymentalne bzdety ludzi zakochanych. sytuacja, jak wiadomo, odwróciła się diametralnie. okazało się bowiem, że mogę żyć bez Embiego. i że bez niego też może być baaaaaardzo fajnie. Embi natomiast jako, bądź co bądź, sprawca tej metamorfozy jakoś nie przyswoił sobie nowych faktów i realiów. wydaje mu się, że czekam na wycieraczce jak zbity pies z telefonem w ręku i wydzwaniam. dlatego wyłączył komórkę. dlatego ja też wyłączyłam komórkę. jesteśmy więc chwilowo unavailable to each other. symptomatyczne. doprawdy.
ktoś mnie zapytał: nie boisz się, że jak wyjedzie, to cię zdradzi? i to jest źle postawione pytanie, bo powinno ono brzmieć: nie boisz się, że jak wyjedzie, to go zdradzisz?
nie boję się żadnej z tych opcji.
w ogóle niczego się już nie boję.
oprócz stagnacji.
skomentuj - (14)
2011-02-24
18:45:54
podobno nasz mózg jest tak pojemny, że magazynuje w pamięci każdą chwilę, wspomnienie, wrażenie, uczucie, wszystko co nam się przydarza. jest tylko mały problem z ograniczonym dostępem do tych zasobów. dostajemy zazwyczaj nie to co chcemy, nie tak jak chcemy i nie wtedy kiedy chcemy. jak w życiu. klasyka.
ja na przykład pamiętam doskonale jak, kto, gdzie i kiedy był ubrany. zwracam uwagę na szczegóły, wyłapuję nieścisłości w filmach [w poprzednim ujęciu ta aktorka miała inaczej ułożone włosy, albo miała/nie miała pierścionka, albo, ta kobieta w scenie erotycznej to tylko dublerka, bo ma inne paznokcie niż bohaterka itd.], mam problemy z imionami, nazwiskami i datami - w tym jestem kompletnie do bani. zapachy przywołują bardzo wyraźne obrazy i nastrój z przeszłości. tak samo muzyka. [do dziś mogę słuchać Alanis Morissette].
jeśli zaś chodzi o doświadczenia życiowe, mam jakiś fatal brain error i nigdy się nie nauczę, żeby nie pchać łapska do ognia, nie włazić enty raz w to samo gówno i nie skakać na główkę do pustego basenu.
mówią, że nosimy wewnętrze blizny. po takim zakręcie jak mój, niewiele mi brakuje do wewnętrznego Frankensteina, choć nie wątpię, że ludziom zdarzają się większe nieszczęścia i większe traumy. z jednej strony w tej poszatkowanej tkance straciłam czucie. niewiele spraw potrafi mnie dotknąć do żywego, cynicznie i twardo stąpam po ziemi i jestem przygotowana na najgorsze. zawsze. Embi wykuwa sobie swoją pozycję jak w skale. z uporem maniaka, cierpliwością wody i czułością rzeźbiarza. kiedyś uda mu się dotrzeć tam, skąd na własne życzenie odszedł. ALE... z drugiej strony jestem nieuleczalną naiwniarą i bezsensownie ufam ludziom.
nie o to chodzi, że się otwieram. jestem bezpośrednia, szczera i ekstrawertyczna i nic mi to nie robi, że znacie moje historie i uczucia. potrzebuję tego. przegaduję problemy. analizuję sytuacje. wyrzucam siebie z siebie. tak już mam. chodzi o to, że zakładam, że ludzie są dobrzy z natury i mają dobre intencje. wyciągam rękę, przywiązuję się, a potem dostaję brutalnie po dupie.
gdyby złota rybka mogła spełnić moje trzy życzenia, jednym z nich na pewno byłyby magiczne okulary, przez które widać prawdziwe motywy zachowań ludzi wokół.
niczego mnie nie nauczyło, że zawiodłam się nawet na najbliższej, ukochanej osobie. wciąż popełniam te same błędy. uśmiech odwzajemniam uśmiechem, miłe gesty biorę za przejaw dobrej woli i sympatii. wyciągam najlepsze co mam z siebie, jak tort na tacy, i częstuję, po czym mój tort ląduje w koszu na śmieci.
jedyne, co zapamiętałam z dotychczasowych lekcji, to żeby nie nazywać ludzi pochopnie przyjaciółmi, co jest w sumie smutne dość.
fejsbuk fejsbukiem, ale na dłuższą metę nie interesują mnie powierzchowne, small-talkowe relacje. rozumiem praca, rozumiem pełen profesjonalizm, rozumiem networking, rozumiem utrzymywanie "potrzebnych" kontaktów, naprawdę wiele rozumiem. ale czy nie prościej by było, gdyby ludzie zaczynali znajomość od sedna sprawy? od tego interesu, który mają, pomijając udawanie sympatii? każdy dostałby to, czego chce, bez zbędnego słodzenia. mam nawet teorię, że faceci, którym zależy tylko na przygodnym seksie, a którzy komunikowaliby to prosto z mostu, częściej kończyliby z sukcesem niż ci, którym zależy na tym samym, a owijają sprawę grubo w najlepszej jakości ekologiczną bawełnę.
tak czy inaczej nie chcę zostać społecznym cyborgiem bez uczuć. tak czy inaczej chyba nie mam wyjścia. mój postęp ewolucyjny na razie polega na tym, że nie płaczę po kolejnym torcie w kiblu.
już nie.
skomentuj - (5)
2011-01-07
11:33:15
omijałam ten temat szerokim łukiem, bo nie chciałam żeby było rzewnie, ckliwie i pompatycznie. ale już nie mogę dłużej, bo się ze mnie wylewa przy każdej nadarzającej się okazji.
miałam złe przeczucie wtedy, kiedy zniknął. byłam w NY i rozmawialiśmy codziennie na skypie. pompował we mnie pozytywne myślenie i dzięki temu łapałam harmonię ze światem. przestawałam się szarpać sama ze zobą, z losem, z przeznaczeniem. byłby ze mnie dumny teraz. na pewno. ale też na pewno dostałabym w skórę za to i tamto.
boże, jaka byłam zła. to ja próbowałam się zabić i to ja powinnam była być pierwszą na liście do sprzątnięcia z tego świata. tymczasem wyjechałam na dwa miesiące układać moje rozbabrane życie, którego nie chciałam, a kiedy wróciłam nie było już ani Yano, ani Kasi.
so fucking unfair, God.
brakuje mi go koszmarnie na każdym kroku. mam jego numer w moich kontaktach, adres w kaledarzu, konto w przelewach zdefiniowanych. mam jego maile i sms-y. mam tę grafikę, która może zniknąć w każdej chwili, bo ten pierdolony świat kręci się dalej. chociaż już tyle razy powinien się zatrzymać.
był moim przewodnikiem po życiu i po html-u ;) a teraz? a teraz znowu wszystko mi się sypie. i w życiu i na blogu. potrzebuję pilnie kogoś, kto robi szablony i posprząta mi ten bałagan na trendogenous. niech chociaż internetowa fasada pozostanie bez zarzutu.
Wy też macie takie wrażenie, że tylko Yano się na tym znał, a teraz nie ma się do kogo zwrócić? i chociaż pracuję w reklamie i mam zacne grono znajomych, a oni mają też swoich znajomych, to za cholerę nie ma nikogo, kto zna html-a i potrafi włożyć mi fotkę w notkę tak, żeby się nie rozjechała.
i wkurza mnie, że nie wiem, co się tak naprawdę stało. wszyscy nagle zaczęli ujadać, że nie ważne. nie żyje i tyle. właśnie, że ważne. cholernie ważne. był bliskim przyjacielem. chcę wiedzieć co? jak? i DLACZEGO?
nie pojechałam na pogrzeb, nie zamieściłam kondolencji na olac.blog.pl wystarczy mi, że nie mogę przestać tęsknić.
happy belated birthday Yano.
skomentuj - (5)
2011-01-05
20:15:19
obudziłam się o 6. odbyłam szereg porannych rytuałów w łazience i przed szafą. wyciągnęłam nieprzytomną Mi z łóżka, przekonałam, że należy się ubrać i jechać do przedszkola. wygłosiłam wysokiej klasy długi wykład na temat: hipciu nie jedzie (ma szlaban na opuszczanie domu, bo już 5 razy się zgubił i przeżywaliśmy koniec świata), za to możemy zabrać każdą inną z tysiąca zabawek, które tylko czekają na przedszkolną przygodę. sięgnęłam wyżyn umiejętności negocjatorskich. obyło się bez łez, histerii i mojego @#$%^&$*. dotarłam do pracy. odrobiłam swoje 8 godzin gasząc pożary, siląc się na dyplomację, używając wiedzy i doświadczenia, odpisując na setki maili i odpowiadając na setki telefonów, prezentując, przekonując, rozwiązując. w przerwie na lunch ogarnęłam zapierdol na fejsie, odbyłam budujące chaty na skypie i wypełniłam kalendarz planami do końca tygodnia. odebrałam Mi. zrobiłam zakupy. Mi zasnęła w aucie, więc wniosłam ją na 2 piętro (dzisiejsze cardio mam już zaliczone) i położyłam do łóżka. włączyłam pranie. opróżniłam zmywarkę. jestem zmęczona. i zastanawiam się czy pisać tę notkę, czy zapodać sobie Grey's Anatomy i zapomnieć o bożym świecie.
bo jeśli ją napiszę, to będzie awantura.
w którymś tam odcinku Housa bohaterką była blogerka piorąca swoje życie w necie. mieliśmy z Embim ostrą wymianę zdań wtedy, że on sobie nie życzy. że nie jest osobą publiczną. że czytają to wszyscy znajomi (wyciek adresu. cafeleaks) i nie. nie. oraz nie.
więc cenzura. przejdą tylko fragmenty z Embim bohaterem.
zostańmy więc przy tym obrazku Embiego ideała i skupmy się ma moich, osobistych, najprywatniejszych, subiektywnych uczuciach. a są one takie, że jestem wkurwiona na czym świat stoi, bo:
a) nienawidzę lekceważenia mojej pracy tylko dlatego że mniej zarabiam
b) nienawidzę, kiedy ktoś wstaje o 11, spędza przed komputerem 2 godziny i twierdzi że się przepracowuje
c) nienawidzę, kiedy ktoś pokonuje drogę biuro-dom 4 razy w ciągu dnia, bo za każdym razem czegoś zapomniał i uważa, że miał szalenie pracowity dzień
d) nienawidzę, kiedy ktoś przez swój totalny brak zorganizowania zawala wszystkie terminy i twierdzi potem, że nie można było inaczej
e) nienawidzę, kiedy ktoś pracuje w nocy, śpi w dzień i maluje swój obraz jako człowieka zarobionego 24h
f) nienawidzę tego, że ja wyrabiam miesięcznie jakieś 50% więcej godzin, zarabiam 5 razy mniej, a wychodzi na to, że nic nie robię, bo nie łożę na utrzymanie domu
g) nienawidzę tego, że wynoszenie śmieci oznacza "wszystko robię" podczas, gdy włączenie pralki i zmywarki to mission impossible
h) nienawidzę zasady "kto ma kasę, ten ma władzę" i nienawidzę tego, że tej władzy nie mam
i) nienawidzę tego, że wyjazdy do Warszawy się nie liczą, bo są służbowe, więc moje radzenie sobie z Mi w pojedynkę się również nie liczy
j) nienawidzę tego, że kiedy ja wyjeżdżam, wysłuchuję potem przez conajmniej miesiąc o bohaterskiej postawie wobec klęski żywiołowej pt. dziecko
k) nienawidzę nienawidzić tego wszystkiego
więc może jednak lepiej pójdę oglądać Grey's.
dobranoc.
ps tytuł notki by Ag. thx.
skomentuj - (8)
2011-01-01
19:34:45
należę do tego dziwnego gatunku istot, które nieuleczalnie wierzą, że od pierwszego stycznia wszystko zaczyna się na nowo. stary rok z jego niespełnieniami, zawodami i rozczarowaniami odkreślam grubą kreską. biorę czystą kartkę i po account-cku spisuję plany na 2011-ty w dwóch kategoriach: cele i marzenia. z grubsza sprowadza się to do: mniej na wadze, więcej w portfelu, przy czym to pierwsze to cel, to drugie marzenie;) ale lista jest długa... a ja - zupełnie jak wtedy, kiedy pierwszego września zaczynałam nowy zeszyt i obiecywałam sobie odrabiać wszystkie zadania domowe, podkreślać tematy i wpisywać daty - jestem gotowa na wyzwania, pełna zapału i dobrych myśli.
życzę Wam optymizmu i niezwyciężonego ducha, żeby gładko pokonywać zakręty losu oraz miłości i przyjaźni, żeby z każdego dnia czerpać inspiracje i wewnętrzne ciepełko :)
a sobie życzę więcej notek [cztery w zeszłym roku to raczej słabo], więcej czasu [zwłaszcza na pisanie, czytanie, fotki i sen... no dobra, na siłownię też] oraz więcej dyscypliny [tak po prostu. we wszystkim].
trzymajcie się dzielnie w te zimowe mrozy!
xoxo
skomentuj - (4)
copyright cafe 2006-2008 | proj. yano 2008 | All Rights Reserved